Strona główna TESTY Cayenne - Pieprz za zgodą żony

postheadericon Cayenne - Pieprz za zgodą żony

Dodaj do:

Facebook    Wykop

Wiecie dlaczego pierwsze Cayenne odniosło tak wielki sukces rynkowy? Ponieważ okazało się autem dla ludzi, którzy zawsze chcieli mieć Porsche, ale nigdy nie mogli go sobie kupić. Przeszkodą zawsze okazywały się nie pieniądze, lecz… żony. Teraz te same żony mogą stanąć na przeszkodzie drugiej generacji Cayenne.

 

Z pierwszym Cayenne było trochę jak z sondażem na temat marihuany przeprowadzanym wśród młodzieży. Na pytanie „czy popalasz?”, 99 proc. z oburzeniem odpowiada: „nigdy w życiu”, lecz chwilę potem, tonąc w gęstym dymie, przez tydzień szuka swojego pokoju w akademiku. Przypomina mi to moment, gdy w 2002 roku na światło dziennie wyjechał Cayenne. Nie znam absolutnie nikogo, kto powiedziałby wtedy: „Och, jaki piękny samochód. Pędzę go kupić!”. Znam za to wielu takich, którzy zarzekali się, że stracili do Porsche szacunek, Cayenne uznali za najbrzydsze auto świata, a tydzień później… już nim jeździli.

Okazało się bowiem, że jest to jedyne Porsche, jakie pozwoliły im kupić żony. Wcześniej nigdy nie wyrażały zgody na zakup auta z Zuffenhausen, reagując w ten sam sposób: „Nudzisz się?”, „Chcesz się zabić?”, „Twoich problemów nie rozwiąże Porsche, tylko urolog”. Zmiękły, gdy zobaczyły Cayenne. Stwierdziły, że na widok takiego Porsche licealistki nie będą mdlały, tylko wymiotowały. I tak oto prawie 300 tysiącom facetów na całym świecie Porsche pomogło spełnić marzenia o posiadaniu ich samochodu. Model stanowił aż 50 proc. całej sprzedaży marki.


Niestety, nowa generacja Cayenne prawdopodobnie nie odniesie już takiego sukcesu. Z prostego powodu – jest znacznie ładniejsza i zgrabniejsza od poprzedniej, a do tego mniej od niej waży. To zaś oznacza, że wredne żony w obawie o rozporki swoich mężów znowu zabronią im kupować Porsche. A szkoda, bo o ile poprzednia generacja auta, szczególnie w wersji przed faceliftingiem, była po prostu fatalna, o tyle obecna budzi szacunek przynajmniej z kilku powodów.


Pierwszym jest jakość materiałów użytych do wykończenia wnętrza. Zapomnijcie o BMW, Lexusie czy Audi. W Cayenne możecie zamówić skórzane obicie nie tylko foteli, lecz także całej deski rozdzielczej, sufitu, a nawet bocznych słupków oraz całych paneli w drzwiach. Zamożni garbarze zapewne popłaczą się ze wzruszenia.


Drugim powodem, dla którego warto uszanować nowe Cayenne, są jego właściwości jezdne. Absolutnie żadne auto w tym segmencie (nawet wzorowe BMW X6) nie prowadzi się tak wspaniale. Układ kierowniczy przekazuje kierowcy tyle informacji o tym, co dzieje się na styku opon z nawierzchnią, że producenci niektórych pełnokrwistych aut sportowych powinni potajemnie rozbierać go na części pierwsze i próbować stworzyć coś przynajmniej w połowie tak dobrego. Szczerze mówiąc, Cayenne w ogóle nie prowadzi się jak SUV i dlatego jest pierwszym luksusowym SUV-em, który mi się podoba. Co więcej, o ile uważam, że jedynym silnikiem, na który zasługiwało poprzednie Cayenne, był trzylitrowy, 240-konny diesel (wprowadzony do oferty w ostatnim okresie produkcji), o tyle w przypadku nowego modelu jest całkowicie odwrotnie – to silnik nie zasługuje na auto. Jest za słaby, za wolny i pochodzi w prostej linii od pieca olejowego. Świadomość, że wskazówka obrotomierza w tej wersji zatrzymuje się na 4,5 tys. obrotów, może wpędzić w depresję. Porsche tłumaczy, że osiągi wersji wysokoprężnej i tak są „niezłe”, a zużycie paliwa bardzo niskie. Czy naprawdę, gdy idziecie do salonu po samochód wart 300 tys. zł, mówicie do sprzedawcy: „Nie musi być szybki, ale chciałbym, żeby mało palił”? Równie dobrze moglibyście kupić luksusowy apartament za parę milionów złotych z zastrzeżeniem, że nie musi mieć ogrzewania, byle czynsz był niski.


Prawda jest taka, że aby w pełni móc się cieszyć Cayenne, trzeba kupić przynajmniej sześciocylindrowego benzyniaka o mocy 300 KM. A najlepiej wersję S z ośmioma cylindrami i 400 KM. Jest jeszcze 500-konna wersja Turbo, ale inwestowanie w nią nie ma sensu. Głównie dlatego, że za te dodatkowe 100 koni trzeba zapłacić aż 200 tys. zł więcej. Co prawda za te pieniądze dostajemy potężne auto zdolne rozpędzić się do setki w 4,7 sekundy i pojechać maksymalnie 278 km/h, ale sami przyznajcie – czy ktoś z Was zabierze Cayenne na tor, gdzie będzie weryfikował te osiągi? Równie dobrze moglibyście pojawić się tam w kombajnie. Reakcja widzów byłaby identyczna – wykpiliby Was, wyśmiali, a potem umieścili film z Waszym udziałem na YouTube w kategorii „Kretyn tygodnia”.


Cayenne Turbo kupują ludzie, dla których pojęcie „szybkość” oznacza przerost formy nad treścią. Moja żona, widząc kiedyś ewidentnie przekwitającego mężczyznę w 500-konnym SUV-ie, stwierdziła, że najprawdopodobniej nosi on trzy pary skarpetek – jedne na nogach, a dwie upchane w majtkach. Dlatego szczerze Wam radzę, byście nigdy nie kupowali szpanerskiego SUV-a o monstrualnej mocy. Bo nikt nigdy nie pomyśli o Was: „Facet musi świetnie jeździć i ma gust. Chciałbym go poznać”. Zamiast tego zaczną rozpuszczać plotki o tym, że macie małego, i na każdym kroku będą podkreślać, że macie kasę, ale nie macie klasy.


Wybierając, powinniście zdecydować się Cayenne S – nadal pozostaje bardzo szybkie, ale z przyspieszeniem na poziomie 5,9 sekundy nigdy nie będzie Was ciągnęło na tor, co oznacza, że zachowacie twarz i szacunek. Poza tym, jeżeli stać Was na wyłożenie ok. 150 tys. euro na Cayenne Turbo, to równie dobrze możecie wydać 200 tys. euro – na Cayenne S za 90 tys. euro i Carrerę S za 110 tys. euro. Oczywiście o ile pozwoli Wam żona.

 


 

Komentarze  

 
#3 porsz 2010-09-23 11:33
Wreszcie wygląda jak Porsche, a nie hipopotam w blaszanej zbroi:-)
Cytować
 
 
#2 kobietka 2010-09-02 14:14
a ja pozwoliłam mężowi kupić carrerę - tylko że ja nią jeżdżę!!!!
Cytować
 
 
#1 Breżniew 2010-08-29 08:45
Śmieszne. Mało konkretów, ale śmiesznie:-)))
Cytować
 

Dodaj komentarz