Mercedes GLK – Gwiazda trzeciego planu
Mercedesy nie muszą zniewalać urodą i gadżetami. Klientów zawsze przyciągało do nich to, że były niezawodne jak scyzoryki Victorinox. Wreszcie zrozumiał to także sam Mercedes i po latach nieudanych eksperymentów oraz klęsk znowu zaczął produkować auta w starym, dobrym stylu.
Producenci chwalą się, w ile sekund ich samochód przyspiesza do setki, ale nie piszą, w jaki sposób to robi. Jeżeli w trakcie tego rakietowego uniesienia jego opony zamiast z asfaltem mają przyczepność z powietrzem, a kierownica zachowuje się jak wielki, okrągły wibrator, niczego dobrego nie należy się spodziewać. Są tylko trzy miejsca, w które taki samochód dowiezie Was bezbłędnie: cmentarz, szpital bądź warsztat samochodowy. Potwierdza to historia mojego znajomego, który w 2002 r. został właścicielem nowego Mercedesa klasy E i tylko w ciągu pierwszego roku jego użytkowania odwiedził serwis 50 razy. Na 365 dni, ponad sto auto spędziło na lawetach i podnośnikach.
Jako że przypadek mojego kolegi nie było odosobniony, na przełomie wieków Mercedesa zaczęto określać mianem najbardziej rozczarowującej marki. Ale Mercedes sam sobie jest winien – nagle zapragnął zdobywać klientów wyszukaną stylistyką i nowinkami technicznymi, zaniedbując jednocześnie wyjątkową umiejętność konstruowania aut zdolnych przetrwać w nienaruszonym stanie wybuch bomby. A to tak jakby producent chrupek kukurydzianych nagle zdecydował się wytwarzać telefony komórkowe. To po prostu nie może się udać.
Mercedes zrozumiał to wszystko dopiero w chwili, gdy zdążyły go wyprzedzić BMW i Audi. Dzielący go od nich dystans odrabia od 2007 roku – wtedy pojawiła się kolejna (tym razem wyjątkowo udana) generacja klasy C, a później kolejne nowości – klasa E oraz GLK. Ta ostatnia jest jednocześnie pierwszym, małym SUV-em producenta i muszę przyznać, że zaskakująco dobrym. Tak solidnie zmontowanego auta Mercedes nie miał w swojej gamie od czasów legendarnego modelu W124, czyli od jakichś 15 lat. Całość wreszcie sprawia wrażenie trwałego i można przyjąć, że za 10 lat wnętrze auta będzie wyglądało identycznie jak w dniu, w którym opuściło fabrykę.
Inżynierowie z Merca wreszcie przypomnieli sobie także, jak robi się zawieszenia. Przez ostatnie lata próbowali podążać śladami BMW i Audi, nadając swoim autom sportowego charakteru. Nie docierało do nich, że ten, kto kupuje samochód z gwiazdą, nie chodzi w dresie i nie pokonuje zakrętów z prędkością pocisku rakietowego, przy wtórze muzyki tworzonej przez małolatów noszących spodnie w sposób sugerujący, że bez nich ciągnęliby swoje krocze po podłodze. Dopiero z najnowszymi modelami stuttgartczcy na nowo zaczęli odkrywać znaczenie słowa „komfort”. Nie ma na rynku SUV-a, który równie dobrze jak GLK łączy stabilność i pewność prowadzenia z troską o pośladki pasażerów.
Niestety, już pod względem miejsca we wnętrzu (a to rzecz ważna w przypadku auta tego typu) GLK nie bardzo ma się czym pochwalić. Co prawda z przodu za kierownicą usiądzie nawet Nastula, i to trzymając na kolanach Najmana, ale wtedy na tylną kanapę nie wciśnie się już nawet mysz. Do bagażnika wchodzi 450 l, czyli niewiele jak na spory, rodzinny samochód. Jeśli zaś chodzi o stały napęd na cztery koła, to jest on idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy boją się zimy. Jednak zapomnijcie o używaniu tego samochodu w błocie, piachu i kamieniach – jest na to za niski, zbyt elegancki i za dużo kosztuje.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Za GLK w sensownej wersji 350 CDI producent życzy sobie 215 tys. zł. Lecz gdy zapytacie o listę wyposażenia dodatkowego, dostaniecie książkę o grubości sienkiewiczowskiej trylogii, a wtedy, zanim zdążycie poprosić o kawę, cena auta wystrzeli w przedział 250-300 tys. zł. Tak zostaniecie właścicielami bardzo dobrze skleconego SUV-a, o bardzo przeciętnej ilości miejsca we wnętrzu, który jest w stanie rozjechać najwyżej rabatkę przed Waszym podjazdem do garażu. To tak, jakby facet kupił sobie telefon komórkowy z wbudowanym kalendarzykiem menstruacyjnym. Rozumiecie, co mam na myśli?
Najgorsze jest jednak to, że nikt Wam nie uwierzy w to, że zapłaciliście za swojego GLK niemal 300 tys. zł. Po prostu wygląda na maksymalnie 180-200 tys. zł i o kupienie tyle wartej wersji (np. GLK 220 CDI) można się jeszcze pokusić. Ale, jeżeli macie do wydania kwotę bliższą 300 tys., zainwestujcie te pieniądze w klasę E z nieco mniejszym silnikiem albo przynajmniej w model C350 CDI. Paradoksalnie, ten ostatni ma więcej miejsca na tylnej kanapie i w bagażniku niż GLK, lepiej niż on się prowadzi, jest lżejszy, przez co ma lepsze osiągi, i mniej pali, a do tego znacznie lepiej się prezentuje. W dodatku wygląda na droższego od GLK. Jeśli zaś chcecie prawdziwego SUV-a spod znaku gwiazdy, poczekajcie na nową generację klasy M.
Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że Mercedesy znowu są warte uwagi.
| « poprzednia |
|---|




2010
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.