BMW 535i - CHWDP
Przez lata BMW uchodziło za markę dla tzw. ABS-ów, czyli osób o Absolutnym Braku Szyi. Dziś jej samochodami jeżdżą głównie ludzie wyznający zasadę ChWDP: Cholernie Wielka Dawka Przyjemności.
Mój sąsiad, który na co dzień jeździ Audi A4, stwierdził niedawno, że nigdy nie przesiądzie się do BMW, bo to marka o wątpliwej reputacji – kojarzy się ze środowiskiem „dżentelmenów” odzianych w sportowe stroje, uprawiających baseball uliczny i z fryzurami łagodnie przechodzącymi w plecy. Co ciekawe, nigdy nie siedział za kierownicą żadnego auta z Bawarii (chodź w sportowych butach chadza chętnie), a nawet nie miał okazji przyjrzeć mu się bliżej.
Generalnie, o samochodach BMW wiedział jedynie tyle, że istnieją i są produkowane w kraju nad Menem, jednak jego intuicja wspomagana stereotypami podpowiadała mu, że nie jest to marka dla niego. Bo nie mieszka na wsi, nie jest uczniem zawodówki, nie gra w baseball (zresztą jedyny sport, jaki uprawia, ma 6 proc. i nazywa się Desperados) ani nie lubi szyb przyciemnianych bardziej niż okulary do spawania.Z drugiej strony, BMW samo zapracowało sobie w Polsce na opinię auta dla dresiarzy i gangsterów. Jedni i drudzy jeżdżą równie chętnie Mercedesami i Audi, ale te marki dbają u nas o swoją renomę od 20 lat, podczas gdy BMW oficjalne przedstawicielstwo nad Wisłą otworzyło dopiero kilka lat temu. I z wielkim zdziwieniem odkryło, że na widok gościa w „beemce” spora część społeczeństwa chowa portfele, opuszcza wzrok i przyspiesza kroku. Oczywiście BMW Polska stara się walczyć z tym złym wizerunkiem wszelkimi możliwymi sposobami, jednak wielu pełnokrwistych biznesmenów nadal woli omijać monachijską markę szerokim łukiem. Przez swoje stereotypowe myślenie nigdy nie weszli oni do salonu BMW i nie poprosili o jazdę próbną którymkolwiek modelem.
Nie jestem bezkrytyczny wobec aut BMW, jednak nową serię 5 bez większych wyrzutów sumienia nazwać mogę najlepszym samochodem w swoim segmencie. „Bez większych”, ale nie „bez żadnych”, gdyż jedną rzecz nowej „piątce” należy wytknąć – przestronność wnętrza. Kto ma ponad 190 cm wzrostu, ze zdumieniem odkryje, że fotel kierowcy w aucie klasy wyższej ma zakres regulacji przód–tył mniejszy niż w niejednym samochodzie miejskim. Z kolei na tylnej kanapie auta jest równie przestronnie co w jacuzzi, do którego wpuszczono drużynę piłkarską. Tym jednak nie ma co się martwić, bowiem na tylnych fotelach „piątki” będą podróżowały głównie dzieci, a te – jak uczy doświadczenie – po ukończeniu 12. roku życia wolą przypalanie żywym ogniem niż przebywanie z rodzicami w tej samej strefie czasowej. Tak więc, ich nogi i zdrowie pozostają bezpieczne. Z kolei mniejszym latoroślom w nowej „piątce” będzie więcej niż tylko wygodnie.
Dorośli nie będą mieli szansy zaznać ciasnoty panującej na tylnej kanapie BMW z innego powodu. Nawet jeśli ktoś piastuje prezesowskie funkcje i ma szofera, to gwarantuję, że zwolni go następnego dnia po zakupie „piątki” i sam przesiądzie się na fotel kierowcy. Absolutnie żaden samochód w tym segmencie nie gwarantuje tak dużej przyjemności prowadzenia. Po doposażeniu w aktywny układ kierowniczy i adaptacyjne zawieszenie (łącznie ok. 20 tys. zł) BMW serii 5 dystansuje swoich konkurentów mniej więcej tak jak Wisława Szymborska Jolę Rutowicz pod względem intelektu. Co jest jednak najciekawsze, z adaptacyjnym zawieszeniem BMW jest jednocześnie bezkompromisowe i… kompromisowe. Co to oznacza? Pozwólcie, że wytłumaczę Wam to na przykładzie mojej żony. Po krótkiej przejażdżce 535i ze smutną miną oświadczyła, że „nie jest to już to BMW co kiedyś”. Uznała, że ma zbyt miękkie i zanadto komfortowe zawieszenie, a do tego mało komunikatywny układ kierowniczy. Wręcz porównała je do Mercedesa, co dla inżynierów obu marek jest większą ujmą na honorze niż przegrana ich praojców w bitwie pod Grunwaldem 600 lat temu. Innymi słowy, moja żona stwierdziła, że BMW straciło swój sportowy charakter. Lecz gdy zasugerowałem jej, aby wróciła do samochodu, przyciskiem przy skrzyni biegów ustawiła tryb sport+ i przejechała się raz jeszcze, wróciła do domu po paru godzinach i to wyłącznie dlatego, że skończyło się paliwo. Tym razem nazwała serię 5 „najlepszym rodzinnym sedanem, jakiego kiedykolwiek prowadziła”.
W tym miejscu warto także wspomnieć o wyjątkowym silniku wersji 535i. Gdy kupujecie Audi czy Mercedesa, Wasz wybór w kwestii motoru, jaki trafi pod maskę auta, jest dość ograniczony. Jeżeli zamierzacie oszczędzać, wybierzecie diesla, a jeżeli lubicie usuwać zawartość żołądków Waszych dzieci z tapicerki – wersję sportową o mocy grubo przekraczającej 500 koni mechanicznych, czyli model RS6 albo E63 AMG. Ani Audi, ani Mercedes nie mają w ofercie samochodów, które łączą akceptowalne spalanie ze sportowymi emocjami. Ujmując to inaczej – możecie mieć żonę, która będzie świetna w kuchni albo świetna w łóżku, ale nigdy nie będzie świetna w obu tych miejscach jednocześnie. W przypadku BMW nie ma takiego problemu – zamawiacie wersję 535i, która ma trzylitrowy silnik o mocy 306 koni mechanicznych. Gdy trzeba, rozpędza on „piątkę” do setki w 6 sekund, spalając przy tym średnio ok. 10-12 litrów paliwa. Jedyny mankament tego motoru polega na tym, że o ile w „trójce” brzmi on tak, jakby dostrajał go zespół AC/DC, to w nowej „piątce” tak, jakby powstał na syntezatorach chłopców z Bayer Full.
Jest jeszcze trzeci (po właściwościach jezdnych i trzylitrowym, doładowanym silniku) powód, dla którego warto porzucić stereotypy i zaryzykować przesiadkę do BMW. To materiały, z jakich zbudowano „beemkę”. W przypadku „piątki” ma się wrażenie, że skóra, którą obito fotele, została ściągnięta z krów karmionych kawiorem, a drewniane inkrustracje wykonał ręcznie jakiś artysta rzeźbiarz. W zasadzie tradycyjny plastik obecny jest we wnętrzu 535i wyłącznie w dźwigniach kierunkowskazów i wycieraczek oraz może w kilku zakamarkach, których nie widać gołym okiem. Jeżeli zaś chodzi o jakość montażu, to można odnieść wrażenie, że pierwotnie auto miało być batyskafem, zdolnym zejść na dno Rowu Mariańskiego. Ktoś w Niemczech wpadł jednak na pomysł doczepienia do niego czterech kół i tak powstała nowa „piątka” – samochód, który daje nieprawdopodobnie dużo radości z jazdy. I właśnie dlatego mój sąsiad (ten od Audi A4) nigdy go sobie nie kupi. Po dojechaniu nim do pracy byłby tak pobudzony, że musiałby zawiesić działalność swojej firmy na co najmniej kwartał.
| « poprzednia | następna » |
|---|




2010
Komentarze
oczywiście taki kolega łysy 2010-09-02 14:17 , dalej swoje . Ręce opadają
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.