Debiutu jeszcze nie doczekał się model S1 (ma dysponować 220 końmi wyciśniętymi z 1,4-litrowego silnika TSI), a Niemcy już szykują wersję RS1 najmniejszego Audi. Bez wątpienia będzie to samochód na bardzo szybkie zakupy.

Jak donosi holenderska edycja tygodnika "AutoWeek", RS1 najprawdopodobniej będzie wyposażone w silnik 2.0 TFSI podkręcony do 270 koni mechanicznych. 270 koni w miejskim aucie! To tak, jakby do ogona Waszego psa ktoś przymocował rakietę Tomahawk. Wyobraźcie sobie, jakby wtedy aportował.
Przyznajcie szczerze – kiedy widzieliście jakiegoś SUV-a przedzierającego się przez chaszcze, grzęznącego w błocie albo chociaż mknącego szutrową drogą prowadzącą przez środek pola buraków? No właśnie… Prawda jest taka, że samochodów tego typu nie kupują osoby aktywne, lecz ludzie, którym wydaje się, że siedząc za kierownicą takiego samochodu, będą: a) całkowicie bezpieczni, b) górowali nad innymi uczestnikami drogi. To zaś zazwyczaj oznacza, że są gorszymi kierowcami niż mój pies.

Znajomy mojego znajomego kupił jakiś czas temu Hondę CR-V. Nie ma dzieci, prywatnym samochodem przejeżdża rocznie mniej kilometrów niż ja rowerem, a gdyby któraś z opon jego auta dotknęła powierzchni innej niż asfalt, prawdopodobnie dostałby zawału serca i oddał samochód do serwisu (w kwestii aut jest większym pedantem niż detektyw Monk w kwestii kurzu na swojej marynarce). Mimo to uparł się na SUV-a. Dziwi mnie to, bo podobno sam jest niezłym kierowcą, dlatego podejrzewam, że kupił CR-V za namową żony.
Przez lata BMW uchodziło za markę dla tzw. ABS-ów, czyli osób o Absolutnym Braku Szyi. Dziś jej samochodami jeżdżą głównie ludzie wyznający zasadę ChWDP: Cholernie Wielka Dawka Przyjemności.

Mój sąsiad, który na co dzień jeździ Audi A4, stwierdził niedawno, że nigdy nie przesiądzie się do BMW, bo to marka o wątpliwej reputacji – kojarzy się ze środowiskiem „dżentelmenów” odzianych w sportowe stroje, uprawiających baseball uliczny i z fryzurami łagodnie przechodzącymi w plecy. Co ciekawe, nigdy nie siedział za kierownicą żadnego auta z Bawarii (chodź w sportowych butach chadza chętnie), a nawet nie miał okazji przyjrzeć mu się bliżej.
Wiecie dlaczego pierwsze Cayenne odniosło tak wielki sukces rynkowy? Ponieważ okazało się autem dla ludzi, którzy zawsze chcieli mieć Porsche, ale nigdy nie mogli go sobie kupić. Przeszkodą zawsze okazywały się nie pieniądze, lecz… żony. Teraz te same żony mogą stanąć na przeszkodzie drugiej generacji Cayenne.

Z pierwszym Cayenne było trochę jak z sondażem na temat marihuany przeprowadzanym wśród młodzieży. Na pytanie „czy popalasz?”, 99 proc. z oburzeniem odpowiada: „nigdy w życiu”, lecz chwilę potem, tonąc w gęstym dymie, przez tydzień szuka swojego pokoju w akademiku. Przypomina mi to moment, gdy w 2002 roku na światło dziennie wyjechał Cayenne. Nie znam absolutnie nikogo, kto powiedziałby wtedy: „Och, jaki piękny samochód. Pędzę go kupić!”. Znam za to wielu takich, którzy zarzekali się, że stracili do Porsche szacunek, Cayenne uznali za najbrzydsze auto świata, a tydzień później… już nim jeździli.
Mercedesy nie muszą zniewalać urodą i gadżetami. Klientów zawsze przyciągało do nich to, że były niezawodne jak scyzoryki Victorinox. Wreszcie zrozumiał to także sam Mercedes i po latach nieudanych eksperymentów oraz klęsk znowu zaczął produkować auta w starym, dobrym stylu.
 Potrafię wymienić co najmniej tuzin samochodów, które w chwili, gdy usiadłem za ich kierownicą, rozjechały moje wcześniejsze wyobrażenia o nich. Nie spodziewałem się po nich absolutnie niczego dobrego. Tymczasem one okazywały się zaskakująco szybkie, komfortowe albo dobrze zbudowane. Po prostu brutalnie dawały mi do zrozumienia, gdzie mogę sobie wsadzić wszystkie stereotypy, którymi się kierowałem. Bywało jednak także odwrotnie. Kilka samochodów w życiu uznawałem za tak fantastyczne, że gotów byłem dać uciąć sobie za nie rękę. I co? I dzisiaj nie miałbym ręki.
|
|