Przegląd techniczny, czyli jak zrobić jednego Passata z dwóch...
To nie brawura, nie nadmierna prędkość i nie pijaństwo są przyczyną tego, że na polskich drogach ginie co roku 5 tys. osób. Policja zrzuca winę na kierowców, aby ukryć fakt, że nie ma bladego pojęcia o tym, jak rozwiązać prawdziwy problem – fatalny stan techniczny milionów polskich aut.
Każda komenda policji ma swojego rzecznika prasowego. Każdy taki policyjny rzecznik ma słownik zwrotów i wyrazów, jakimi należy posługiwać się w obecności mediów. I jest to ten sam słownik, w którym kluczowe miejsca zajmują sformułowania ukazujące wybitne piękno polszczyzny. Takie jak: „kierujący pojazdem nie zachował należytej ostrożności”, „powodem zdarzenia była brawura” bądź „zdarzenie miało miejsce z powodu niedostosowania prędkości do warunków panujących na drodze”.
Co tydzień ci sami rzecznicy załamują ręce przed kamerami, opowiadając o setkach „prowadzących pojazdy pod wpływem alkoholu”. I ani razu nie słyszałem, by któryś z nich publicznie wspomniał o stanie technicznym polskich aut i ich wpływie na liczbę wypadków oraz liczbę ofiar śmiertelnych. Tymczasem w bardzo wielu przypadkach to nie prędkość jest niedostosowana do warunków panujących na drodze, lecz to samochody są niedostosowane do poruszania się w jakichkolwiek warunkach drogowych. Nawet tych idealnych.
Hans i Kowalski mieli wypadek w tym samym dniu, w dodatku niemal identycznym autem – Passatem z 1998 r. Hans leciał 130 km/h lewym pasem autostrady koło Hanoweru, gdy nagle, w wyniku telefonicznej kłótni z żoną, stracił panowanie nad kierownicą, odbił się od barierki, następnie staranował trzy inne samochody i zatrzymał się na filarze wiaduktu. Kowalski jechał 60 km/h drogą pod Gorzowem Wielkopolskim, przegapił zakręt (znaczy kierownicą skręcił, ale kołami już nie) i pofrunął w pobliski las. Hans następnego dnia wyszedł ze szpitala z zabandażowanym łokciem i udał się po odszkodowanie do ubezpieczyciela. Kowalski zaś udał się prosto do alejki nr 22 na cmentarzu.
Hans i Kowalski skończyli inaczej, bo Passat tego pierwszego przechodził regularnie badanie techniczne, miał sprawne opony, działające poduszki powietrzne i ABS. Ponadto wcześniej nie miał żadnego poważnego wypadku – jedynie małą stłuczkę, która naprawiona została w autoryzowanym warsztacie przy użyciu sprawdzonych części. Tymczasem Passat Kowalskiego w ramach oszczędności złożony został w przydomowym garażu z ochłapów zebranych po niemieckich, francuskich i brytyjskich szrotach. Kasy starczyło na przywrócenie do życia klimatyzacji, ale już problem poduszek powietrznych rozwiązano, wykręcając kontrolki z deski rozdzielczej (bo jak wiadomo, bez poduszki żyć się da, a bez klimy ani rusz). Później kumpel Kowalskiego – Heniu z zaprzyjaźnionej Stacji Kontroli Pojazdów – przymknął oko na łyse opony, niesprawne amortyzatory i brak hamulców. Oczywiście w zamian za „co łaska”, czyli de facto – „na flaszkę”.
Wszyscy wiedzą, że takie „badania techniczne” są w Polsce na porządku dziennym. Wszyscy oprócz policji. Stróże porządku zdają się problemu nie widzieć. Dlaczego? Bo nie wiedzą, jak go rozwiązać. Albo – co gorsza – wiedzą, ale nie chcą. Wolą wydać parę milionów na nowe radary i nieoznakowane radiowozy niż na mobilny sprzęt do weryfikowania stanu technicznego aut. Przyczyna jest prosta – za uchybienia w stanie technicznym pojazdu można dostać maksymalnie 300 zł mandatu, podczas gdy na delikwencie złapanym na przekroczeniu prędkości i kilku innych przewinieniach „zarobić” można nawet 1000 zł.
W Niemczech jest odwrotnie. Na zachodnim brzegu Odry mandat za zły stan techniczny pojazdu może być wyższy niż… wartość samego auta (gdy mówimy np. o 20-letnich Golfach wartych 500 euro). Do tego sam system przeprowadzania badań technicznych jest tam pod stałym nadzorem, a samochody z tzw. szkodą całkowitą nie mogą być rejestrowane ponownie (oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by zarejestrować je w Polsce). Efekt jest taki, że choć Niemcy mają u siebie prawie 50 mln samochodów i mogą legalnie rozpędzać się do prędkości grubo przekraczających 200 km/h, to zabijają na drogach 5 tys. osób rocznie. Czyli tyle samo ile Polacy. Tyle, że my mamy trzy razy mniej aut i jeździmy ze średnią prędkością aportującego psa.
| « poprzednia | następna » |
|---|




2010
Komentarze
Głupie stwierdzenia: ja tylko do pracy tym jezdze, ja nikogo tym autem nie worze.
To jest właśnie mentalność Polaków.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.